Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham ******

Jan Pelczar | Utworzono: 06.10.2016, 16:15
A|A|A

Pawłowi Łozińskiemu udało się ustawić kamerę tam, gdzie nikt wcześniej nie pozwolił jej, na potrzeby filmu dokumentalnego, zostać – w gabinecie psychoterapeuty. Jak do tego doszło, to temat jednej z dyskusji, które wybuchają po filmie, angażując widzów i zawodowców. Autorowi nie sposób zarzucić przekroczenia granic, czy działania bez troski o swoich bohaterów. Pozytywnym bohaterem jest też ten, który reżyserował na planie: profesor Bogdan de Barbaro. Wielu terapeutów jego zachowanie przed kamerą uznaje za mistrzowskie i może się od profesora sporo nauczyć. Druga z debat dotyczy samej treści filmu. Rozmowy, za pośrednictwem terapeuty, matki z córką.

POSŁUCHAJ WYWIADU Z PAWŁEM ŁOZIŃSKIM


Dzięki autorowi zdjęć, Kacprowi Lisowskiemu, oglądamy je niczym w laboratorium, ale z ciepłym światłem. Jesteśmy tak blisko uczuć, jak tylko można. Jeszcze nie pada słowo, a już widzimy, jak wielkie są emocje bohaterek. Do końca nie opuścimy żadnej łzy i żadnej z przemian, ale jednocześnie nie będziemy czuć się podglądaczami, uczestnikami emocjonalnego ekshibicjonizmu. W „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” nie chodzi o sensację i obserwowanie  obcych nam, a bliskich sobie, podczas wspólnego prania brudów. Kto na to liczy, poczuje się oszukany. Trudno też długo utrzymać się w roli arbitra bądź kibica. Na początku może nam się wydawać, że matka ledwie składa zdania, a jednak twierdzi, że z jej strony komunikacja jest dobra. Od jej słów: „Mam prawo wymagać od mojego dziecka, żeby zrobiło coś dla swojego dobra, po użyty w tytule szantaż emocjonalny, dostajemy wiele sygnałów, że to matka chce córkę tak pokochać, aż jej w pięty pójdzie. Ale i córka zamyka się momentami w swojej roli, chciała odciąć pępowinę, tak żeby mamę zabolało najmniej. Jednocześnie chce sobie dać radę sama, nie interesuje się budowaniem innej relacji.

W bezpośredniej rozmowie doszłoby do wielu bezpośrednich wyrzutów i długiej drogi do porozumienia, drogi być może donikąd. Łoziński przerabiał to ze swoim ojcem, w podróży, która stała się treścią dwóch filmów dokumentalnych. Autorzy nie potrafili się porozumieć co do jednej wersji. „Ojciec i syn” miał być filmem wspólnym, ale Marcel Łoziński postanowił na jego bazie zmontować swojego „Ojca i syna w podróży”. Po doświadczeniu kolejnego filmu Paweł Łoziński wie, że wtedy trzeba było zaprosić do rozmowy jeszcze trzecią osobę: terapeutę, najlepiej o umiejętnościach profesora de Barbaro. On rozmontowuje wzajemne spory i odczucia na czynniki pierwsze. Składa na nowo, analizuje każde słowo. Poszukuje lepszych znaczeń dla tych, które ranią. Dba, by nowe zwroty wciąż szczerze opisywały uczucia.

Po „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” pojawiły się głosy, że krakowski profesor powinien zostać naczelnym psychoterapeutą kraju. Bo w Polsce, jak w rodzinie, nie potrafimy się ze sobą dogadać i potrzebujemy kogoś, kto pozwoli zwaśnionym stronom przypomnieć sobie o punktach wspólnych, a zapomnieć o konieczności dowodzenia racji, wykazywania kto zaczął, kto pierwszy coś złego zrobił, coś krzywdzącego powiedział. Ten proces obserwujemy w filmie Łozińskiego na przykładzie matki i córki z doświadczeniem rozbitego domu. Ich pamięć o przeżyciach i emocjach jest punktem wyjścia, a widz uczestniczy w procesie terapii.

Pięć sesji  de Barbaro z bohaterkami skrócono i perfekcyjnie zmontowano, ale bez przesunięć chronologicznych. Geniusz montażystki Doroty Wardęszkiewicz pozwolił filmowi o skomplikowanym procesie przygotowawczym zachować czystość i klarowny, wciągający, intymny przekaz. „Nawet nie wiesz...” na zmianę hipnotyzuje, wzrusza, zadziwia i zaskakuje. Po napisach chciałem obejrzeć dokument Łozińskiego jeszcze raz, chociaż siadałem przed ekranem z ciężkim sercem, wyprany emocjonalnie intensywnymi filmami z tegorocznego Festiwalu w Gdyni. Filmowa rozmowa matki z córką rymuje się zresztą ze zwycięzcą Złotych Lwów – „Ostatnią rodziną”. Oba filmy  pokazują w oryginalny sposób, jak wiele różnych odcieni ma zbanalizowane słowo „miłość”.

Trwa polska szkoła dokumentu, wraca momentami polska szkoła plakatu. Marta Ignerska zaprojektowała filmowi Łozińskiego dwie postaci w pradawnych akwalungowych hełmach, skazane splątaniem grubych rur na wzajemne oddychanie. Metaforyczne spojrzenie na punkt wyjścia bohaterek, na to z czym przychodzą na pierwszą sesję. To, co później oglądamy na ekranie, staje się mimowolną reklamą procesu terapeutycznego, ale także mądrej, uważnej rozmowy. Wrażliwość, która nam nie pomaga i nas nie powstrzymuje zmienia się w empatię i wyczulenie.

Analizować rozmowę Hani i Ewy można długo. Dociekać tajemnic, które stoją za filmem Łozińskiego, także.  Od razu zyskujemy zaś świadomość, jak łatwo wchodzimy w rozmaite role. Dla reżysera najpiękniejszym komplementem było, gdy jedna z kinomanek po seansie powiedziała, że zobaczyła na ekranie całe swoje życie:  najpierw była córką, potem kobietą, a później matką, która prowadziła z własną córką, takie rozmowy jak w filmie. Takich reakcji jest pewnie sporo. Fenomen „Nawet nie wiesz, jak bardzo się kocham” polega na obnażeniu, jak bliscy jesteśmy sobie w naszych odrębnościach.

REKLAMA

To może Cię zainteresować