BOSKA FLORENCE ****

Jan Pelczar | Utworzono: 29.08.2016, 18:26
A|A|A

zdj.mat.prasowe

Objawieniem film „Boska Florence” ma szansę być dla tych, którzy jeszcze o niej nie słyszeli i będą odkrywać historię bogatej melomanki ze sceny na scenę. Oto kobieta, która wydaje swoją fortunę na organizowanie kolejnych koncertów i spotkań klubu melomanów, ale w pewnym momencie sama postanawia zaśpiewać. Nikt nie ma odwagi, by powiedzieć jej prawdę. Nowojorskie elity boją się stracić jej względy i oklaskują występy z cyklu „śpiewać każdy może”, znajdując wymyślne komplementy. Podstawowe zakłamanie w wysmakowanych wnętrzach – bohaterowie „Boskiej Florence” mogliby występować gościnnie w „Śmietance towarzyskiej” Woody’ego Allena. Komediowe hity tego lata mają podobny klimat.

 

W ostatnich latach o Florence Foster Jenkins opowiadało kino francuskie (obsypana Cezarami „Niesamowita Margueritte”) i jeden z najpopularniejszych polskich spektakli teatralnych: „Boska” z Krystyną Jandą. Stephen Frears, reżyser „Królowej”, czy „Tajemnicy Filomeny” sięgnął po scenariusz Nicholasa Martina, a w głównej roli obsadził Meryl Streep. I znów będziemy jej liczyć nominacje do Oscara, bo w swej kreacji jest bezbłędna. Szczególne wrażenie robią sceny śpiewu, bo Streep nie korzystała z wokalnej dublerki: ona fałszuje naprawdę. Dobrze ogląda się też Hugh Granta w roli męża i impresaria, nie tylko ze względu na to podwójnej. Brytyjczyk nie zaskakuje: powtarza swój repertuar, ale tło do benefisu ma wyjątkowe: od nowojorskich salonów po Carnegie Hall. Do końca każe się zastanawiać, czy jest coś takiego jak prawdziwa natura jego postaci. Zwykła scena tańca skrywa tu życiowy dramat. Odkryciem jest Simon Helberg, jako pianista Cosme McMoon. Aktor znany z roli Howarda w „Teorii wielkiego podrywu” też może zamawiać smoking na oscarowy wieczór. Niby ekscentryczna postać, która będzie wehikułem komicznym filmu, to samograj, ale tak naprawdę mało takich ról zapada nam w pamięć na długo: o tę możemy być spokojni, długo helbergowskiego McMoona nie zapomnimy.

 

O jednym trzeba pamiętać: jeśli na „Boską Florence” zabierzecie kogoś, komu do tej pory prawiliście komplementy, to z ich kontynuacją może być trudno. Chociaż z drugiej strony śpiewaczka, o której jeden z brytyjskich krytyków napisał, że jej głos przypomina „skamlanie pudla, po tym jak nasikał na dywan”, to według wielu znawców prekursorka dzisiejszego show-biznesu. Równie szczerego, jak współczesny Florence Nowy Jork.

REKLAMA

To może Cię zainteresować