Kawa po europejsku - Islandia (Zobacz)

Anna Fluder | Utworzono: 15.08.2009, 10:02 | Zmodyfikowano: 16.08.2009, 11:53
A|A|A

Selfoss (Fot. Iceland.pl)

Przy "Kawie po Europejsku" odwiedzamy kraje, które mogą pojawić się na trasie Waszych wakacyjnych wojaży. Jak nie w tym, to może w przyszłym roku? Poznawać będziemy miejsca, gdzie - ze względu na zabytki i piękne plaże - turystów nigdy nie brakuje. Ale również te, w których rzadko odciska się ludzka stopa!

Jeśli już tam byliście to czekamy na Wasze wspomnienia. Możecie do nas napisać albo wysłać fotografie (annafluder@prw.pl z dopiskiem 'kawa po europejsku').

Wśród nadesłanych zdjęć wybierzemy jedno, które pod koniec lipca nagrodzimy wakacyjnym pobytem :)

Byliśmy już w Norwegii, Bułgarii, Czechach, Francji i Holandii. Teraz czas na Islandię!

(Zobacz galerię zdjęć pod tekstem).

Zachęcamy do przesyłania fotografii i wspomnień z pobytu w tym kraju.


Paweł z Wrocławia napisał "wspomnienia skandynawofila":

To nie może być spontaniczne. Taki warunek padł dawno temu z ust jednego z nas na słowo "Islandia". W przeciwieństwie do hiszpańskich plaż, wyjazd na wyspę trzeba sobie poukładać - logistycznie i psychicznie. Skandynawskie doświadczenia sprzed jakiegoś czasu podnieciły naszą ciekawość i chęć przeżycia czegoś, co w naszym ówczesnym mniemaniu długo zapadnie w naszej pamięci. Udało się. Sprawdziło się.

Pierwsze wrażenia po przybiciu do brzegów Islandii - brak drzew, oprócz tych miejskich, niskich i sztucznie sadzonych. Ale co na tej skale może rosnąć? Może niezbyt malowniczo, ale specyficznie przemysłowo. Pomimo bardzo małej ilości mieszkańców wyraźnie widać poruszenie. Jest tak raz w tygodniu - za każdym razem, gdy przypływa prom z Europy i przywozi turystów. Masę turystów. Nagle pracę mają drogowcy, ekipy sprzątające, głównie celnicy, bo rygor w tym temacie jest bardzo dotkliwie odczuwany praktycznie przez wszystkich.

Grymas zachwytu na widok natury, która według zasięgniętych informacji miała nas porażać - na początku nie jest widoczna, ale to się zmienia im bardziej oddalamy się od siedlisk ludzkich. I oto nasz pierwszy postój urządzamy sobie na księżycu. Nie ma tu po prostu nic. Skała, piach - i to i tak w lekko rudawych odcieniach. Niska temperatura i silny wiatr nie czynią tego terenu gościnnym - ale mimo to nabieramy pewności, że będzie to niezapomniane przeżycie.

Jeszcze tego samego dnia docieramy do wodospadu Dettifoss. Gdy człowiek ma do czynienia z tego typu zjawiskami natury jak Szklarka czy wodogrzmoty Mickiewicza - ten cud natury w pełni zasługuje na takie określenie. Rozpychający się w potężnym kanionie sprawia wrażenie apokaliptycznej zagłady spuszczając z wysokiego urwiska tony błotnistej wody. Nie przeszkadza to turystom moczyć w niej nóg nad samą przepaścią.

Myvatn i przełęcz Krafla są najbardziej charakterystyczne dla tego kraju. Jest to centralny punkt aktywnego wulkanicznie obszaru pól lawowych, źródeł geotermalnych i kraterów. Myvatn to jezioro z kilkudziesięcioma wysepkami - w większości pseudokraterami utworzonymi przez eksplozje gazu wywołane przez zetknięcie płynnej lawy z wodami jeziora. Wulkan Krafla, na którego zboczu wybudowano elektrownię geotermalną, mimo że oznakowany tabliczkami informującymi o przebywaniu w tym obszarze na własne ryzyko jest jednym z najczęściej odwiedzanych na Islandii miejsc.

Najróżniejsze bulgoczące, plumkające, parujące, plujące, tryskające mazidła - białe, szare, niebieskawe, błotniste, wodniste, okraszone wybitnie siarkowym smrodem zgniłych jaj na początku powodują odrazę, która szybko przeradza się w wielką frajdę. Spacer po rzece zastygłej lawy, parującej i nieustannie ciepłej przynosi nam nie tylko niecodzienne wrażenia i widoki, ale liczne pamiątki w postaci kawałków przetopionych skał.

Noclegowanie na Islandii, w przeciwieństwie do innych krajów skandynawskich, nie jest takie proste i przyjemne. Otwartego, niezamieszkałego terenu jest tu mnóstwo, jednak geologiczne uwarunkowania uniemożliwiają w większości przypadków rozbicie się zupełnie prywatnie. Najczęściej korzystać musimy z gościny kempingów - mniej lub bardziej wyposażonych w podstawowe wygody sanitarne, które - jeśli są - to czerpią ze źródeł geotermalnych, czyli pozostawiają specyficzny zgniły zapach po kąpieli.

Islandia kojarzy się, oprócz lawy i wulkanów, z gorącymi źródłami. O ile w obszarze Krafli gdzie takowe źródła można było znaleźć tylko za opłatą w luksusowym kompleksie basenowym lub w ciemnej jaskini z wybijającą, prawie wrzącą zielonkawą wodą, to w Reykjadiskur, w północno-zachodniej części kraju - miejscu, gdzie kończy się droga - znaleźć je można zupełnie za darmo. I to w jakim krajobrazie! Na styku wysokich zielonych, sielankowych zboczy gór i oceanu - dwa źródełka z gorącą wodą sprawiają, że chce się tu zabawić już do końca wyprawy.

Po zaliczeniu Norkapu - najdalej wysuniętego na północ punktu w Europie - czas na najdalej wysunięty punkt zachodni. Znajduje się on na terenie Fiordów Zachodnich - na półwyspie, który sprawia wrażenie, jakby miał się oderwać od całej wyspy. Jego potężna masa połączona jest z całą wyspą wąskim przesmykiem. Ze stolicą w Reykjanes nie jest tak spektakularny jak reszta wyspy, ale zaobserwować tu można typowe Islandzkie siedliska ludzkie i bardziej spokojny, przyjazny krajobraz.

Długa podróż kiepskimi drogami zniechęciła, mała latarenka na końcu drogi też, natomiast na końcu Europy zobaczyliśmy to, po co warto przyjechać na tą wyspę - maskonury na wyciągnięcie ręki! Design tych ptaków jest niesamowity. Czerwono-pomarańczowe kacze łapy u stworzeń wielkości gołębia oraz czerwony szeroki dziób z charakterystyczną pomarańczową trąbką - sprawiają, że pufiny (maskonury) to chyba najbardziej optymistyczna rzecz na Islandii. Przesiadują w bardzo licznych koloniach - w swoich norach wykopanych przy urwiskach skalnych.

Drogi na Islandii są różne. Główna obwodnicowa trasa jest asfaltowana. Reszta - w zależności od poziomu atrakcyjności miejsca. Często drogi odchodzące od głównej, mimo, że z początkiem dobrze wyglądają, w miarę zagłębiania się w teren stają się polnymi ścieżkami lub szutrowymi szlakami zoranymi przez taśmowe ubijarki śniegu.

Taką właśnie trasę przebyliśmy udając się na zachodni kraniec Starego kontynentu. Dlatego, nie chcąc jej powtarzać, zdecydowaliśmy się na trasę wodną. Prom z półwyspu z przystankiem na wysepce Flatey do Stykkisholmur nie tylko bardzo skraca drogę, ale też pozwala zaobserwować typowe regionalne zwyczaje. Promem przewożone są kontenery zaopatrujące w żywność i inne produkty ludność na półwyspie zachodnich fiordów oraz mieszkańców Flatey - małej mieściny założonej na wyspie wielkości wrocławskiej Wyspy Słodowej. Prom przypływa na półwysep Snaefellsnes, gdzie znaleźliśmy małą jaskinię o niewiarygodnej akustyce, gdzie powtarzać dwa razy nie trzeba. O tym miejscu krążą również plotki o magicznej energii, która czyni z niego miejsce spotkań UFO. Coś z tą energią rzeczywiście jest - czego najwyraźniej doświadczył tu sam Hitchcock - napotykamy bowiem dziwnie niepokojące nisko latające ptaki.

Reykjavik - najmniejsza stolica europejska i zarazem najbardziej wysunięta na północ. Niewielki port, charakterystyczna zabudowa, wśród której wyróżnia się kościół Hallgrimskirkja oraz Perlan i słynna stalowa łódź, tworzą atmosferę tego miejsca. Gdzieniegdzie można usłyszeć rodaków - zwłaszcza na kempingu. Ale narodowościowo gromady spotykanych ludzi są bardzo przetasowane. Narodowym produktem Islandii są swetry i inne atrybuty z naturalnej owczej wełny, co w stolicy jest bardzo zauważalne - zarówno w prawie każdym sklepie centrum, jak i na samych mieszkańcach.

Kawałek na zachód od miasta w stronę narodowego portu lotniczego w Keflaviku znajdujemy Błękitną Lagunę - niemalże skarb narodowy. Co prawda woda nie jest tam pierwszej jakości - a dopiero wynikiem procesu energetycznego pobliskiej elektrociepłowni - ale i tak bogata głównie w krzem, ściąga turystów z całego kraju i nie tylko. Rozległe kąpielisko o zielonkawo błękitnej wodzie, temperaturze dochodzącej do kilkudziesięciu stopni oraz błotnistej mazi koloru białego pod stopami, którą ludzie wykładają sobie twarz, by być piękniejszymi. Może to i bardzo komercyjne, ale ma coś w sobie, co nie pozwala stamtąd wyjść.

Chwila drzemki na krzemowym brzegu przypominającym porcelanę, w połowie zanurzonym w ciepłej wodzie, w połowie smaganym chłodnym wiatrem oraz w całości okraszanym siarkowodorową parą wydobywającą się z pobliskiego krateru - to coś, czego nie chce się zapomnieć, a tylko powtórzyć.

W większości plaże na wyspie są czarne - to nic innego jak materiał wulkaniczny, popioły przetransportowane przez rzeki lodowcowe. Mniejszy materiał odkładał się w postaci piasku - wszechobecnego na wyspie. Oszlifowane większe skały stały się otoczakami, jak na plaży Vik. Plaża ta - na samym krańcu południowego wybrzeża - znajduje się na liście dziesięciu najpiękniejszych na świecie plaż i jest wśród nich jedyną nietropikalną. Bez wątpienia słusznie. I to nawet nie przy słonecznej pogodzie - a lśniąca w deszczu, kruczoczarna, ze smugami deszczu, sterczącymi w tle poszarpanymi skałami przypominającymi palce, olbrzymimi bałwanami, bo Atlantyk napiera tu na ląd z wyjątkową siłą.

Islandia oprócz wulkanów to oczywiście lodowce. W Parku Narodowym Skaftafell znajdziemy nie tylko największy na Islandii, ale i w całej Europie - Vatnajokull. U jego stóp rozpościera się sięgająca niespełna kilometr w głąb morza plaża, powstała w wyniku gigantycznej powodzi po wybuchu pobliskiego wulkanu w 1996 r. Lód wydziera się tutaj zza każdej góry, tworząc malownicze tereny, dzięki temu jest tu chyba największy islandzki kemping. Park Narodowy poszczycić się również może nielicznymi terenami w kraju, na których rośnie wyższa niż trawiasta roślinność. Anegdota, bowiem głosi, że jeśli zgubisz się w islandzkim lesie - po prostu wystarczy wstać.

Najbardziej poznaje się kraj czy jego społeczeństwo podczas jakiegokolwiek bardziej bezpośredniego kontaktu z danym otoczeniem. Ta chwila zawieszenia pozwoliła na zbadanie pobliskiego miasteczka Reykjahlid - niedużego, żyjącego głównie z turystyki. W paru chatkach miejscowa ludność sprzedaje tworzone przez siebie souveniry. Mały kościółek żyje nawet nie legendą, a faktem ocalenia przed falą napierającej lawy podczas jednej z erupcji wulkanicznych, kiedy to potok płynnej skały rozdzielił się na dwoje i otoczył kaplicę zastygając na zawsze.

Drogi tutaj prowadzą poprzez pola lawowe wyraźnie rysujące bąble i fale, a w tle wyrasta ogromny krater przypominający ten z wyobrażeń o tego typu tworach natury - w kształcie stożka i kojarzący się z olbrzymim stadionem piłkarskim. Przy jeziorze kwitnie bujnie roślinność, mnożą się owady, gniazdują liczne ptaki wodne. Obszar ten sprawuje funkcję zielonej oazy dla całej wyspy, najbardziej sprzyjającej człowiekowi, najchętniej odwiedzanej przez Islandczyków.

Niezależnie od tego jak przyjemna jest końcówka wyprawy - zawsze powoduje jednakowy skutek. Powrót do rzeczywistości. W przypadku Islandii ma się dodatkowy komfort długiego powrotu - za to po wyjściu na ląd w Danii rysuje się mimo wszystko duży uśmiech na twarzy. Wysokie drzewa, pola uprawne, przede wszystkim dużo ludzi oraz zwierzęta! Może to wynika z przyzwyczajenia, zakorzenienia w kulturze naszej części kontynentu, ale dla mieszkańców środkowej Europy, którym towarzyszy zmienność pór roku, cała gama zjawisk atmosferycznych, kolorów, zapachów, flory i fauny - Islandia - nieważne jak piękna, niesamowita, wyjątkowa - będzie epizodem. Oby jednak często powtarzanym...


O Islandii piszą Monka i Gregor:

Islandię odwiedziliśmy dopiero raz (na pewno nie ostatni!), ale już jesteśmy zdeklarowanymi fanami tej wyspy - krajobraz niepodobny do żadnego europejskiego, a nagromadzenie zjawisk przyrodniczych sprawia, że przestaje się wierzyć w realność tego miejsca...

Plan pierwszej wycieczki obejmował wycinek południowej części wyspy - od półwyspu Reykjanes, przez okolice Thingvellir, Gullfoss i Geysiru, po Góry Tęczowe, z dodatkową wyprawą na jedyną zamieszkaną wyspę w archipelagu Vestmannaeyjar, Heimaey. Nawet na tak skromny plan dwa tygodnie to stanowczo za mało - okolice zachęcają do spokojnych spacerów, do moczenia się w gorących źródłach i do długiego kontemplowania zachwycających widoków.

Reykjanes to pierwsze po przylocie na wyspę zderzenie z dziwactwami natury - pola lawowe, błotne kociołki, niemal całkowity brak roślinności (poza mchami), wokół ocean, a nad głową oszałamiające chmury. Skromna tabliczka przy drodze wskazuje miejsce, gdzie ścierają się dwie płyty tektoniczne: europejska i północnoamerykańska. Przedłużenie tej rozpadliny, całkiem już potężne, znajdujemy później na terenie Thingvellir, czyli miejsca założenia najstarszego w Europie parlamentu.

Najlepiej zamieszkać gdzieś poza skupiskami ludności - w lecie możliwe jest wynajęcie sumarhusu, czyli letniego domu, do którego zima nie ma szans dojechać - położone są zazwyczaj z dala od głównych dróg, oddalone także od siebie nawzajem, co daje komfort i poczucie cudownego spokoju, a tak niebywałej ciszy nie sposób "usłyszeć" chyba nigdzie indziej...

Odwiedzając rejon gorących źródeł ze słynnym, choć śpiącym Geysirem i szalejącym obok niego co kilka minut Strokkurem też nie można pozbyć się wrażenia, że takie rzeczy na Ziemi nie powinny mieć miejsca - wszędzie dookoła pełno parujących jam i dziwnie błękitnych oczek wodnych, do których krnąbrni turyści pchają ręce, żeby osobiście sprawdzić, że woda rzeczywiście wrze.

Droga w Góry Tęczowe, do Landmannalaugar, sama w sobie jest nieprawdopodobną atrakcją - kończy się cywilizacja, zaczyna księżycowy krajobraz pełen turkusowej wody, wartkich lodowcowych potoków, różnych rodzajów lawy, a w finale - niezwykłych, jakby z tworzywa uformowanych gór w rozmaitych kolorach. Chodziliśmy po nich w zachwycie, rozkoszując się spokojem (w czerwcu nie ma jeszcze zbyt wielu turystów) i absolutnym pięknem otoczenia.

Po powrocie ze szlaku, tuż pod schroniskiem, można wytaplać się w naturalnym gorącym źródle (o tej porze roku spływa jeszcze do niego woda z topniejącego śniegu, miejscami więc trafia się na nieprzyzwoicie zimne prądy). To jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, jakie dotąd udało nam się obejrzeć.

Archipelag Vestmannaeyjar to też niezwykłe zjawisko - docieraliśmy doń trzy i pół godziny drogą morską (a właściwie oceaniczną), choż można i dolecieć w pięć minut - ale wówczas na pewno traci się ten fantastyczny moment dostrzeżenia na horyzoncie pierwszej wysepki. Heimaey, jedyna zamieszkana wyspa archipelagu, to maleństwo, ale za to z dwoma wulkanami i wielotysięczną kolonią maskonurów (po islandzku: lundi), tych dziwnych ptaków, które w lecie przylatują się tu rozmnażać. Do tego klify i widok na Mainland z lodowcem na pierwszym planie - jest po co przyjechać.

Można tak pisać i pisać, opowiadać i zachwycać się - ale najlepiej po prostu pojechać i doświadczyć samemu.

My wybieramy się jeszcze co najmniej kilkanaście razy...

REKLAMA

To może Cię zainteresować