Są nie tylko zdrowe i smaczne, ale też zajmują pierwsze miejsce na liście
afrodyzjaków – może by jednak skusić się na jakieś owoce morza?
Bogactwo minerałów i składników odżywczych, które skrywają w sobie
niepozorne krewetki, małże czy kalmary, ma spore znaczenie dla naszego
zdrowia i kondycji fizycznej.
Okazuje się, że gdybyśmy tylko regularne
spożywali owoce morza, to byśmy mieli zdrowsze serca, płuca czy wątroby, a
do tego czując lekkość łatwo byłoby o życiowy optymizm. Frutti di mare
cieszą się sławą afrodyzjaków właśnie dlatego, że zawierają duże ilości
cynku, selenu, witamin i nienasyconych kwasów tłuszczowych, a składniki te
wpływają na płodność i sprawność seksualną.
Podobno najskuteczniejsze są
ostrygi i to z ich dobrodziejstw korzystał sam Casanova co dnia spożywając
na śniadanie 50 ostryg! Jego sława przetrwała do dziś...
Często jeszcze pokutuje pogląd, że wszelkie owoce morza to zwyczajne
obrzydlistwo, czemu trudno się dziwić wyobrażając sobie obrazek, jak
amatorom ośmiornic w trakcie konsumpcji z ust wystają nóżki. Ale już po
spróbowaniu dobrze przyrządzonego homara, czy krewetek w cieście, czy
panierowanych octopusów z patelni z idealnie pasującym do nich białym winem,
czujemy, że oto trafiliśmy do kulinarnego raju.
Najlepsze są oczywiście w
małych rodzinnych restauracyjkach na południu Włoch, czy też na wybrzeżu
Hiszpanii, ale... warto i można już i u nas posmakować tych dań w
restauracjach, których specjalnością są frutti di mare. Amatorów nowych
smaków zaczyna przybywać i coraz częściej w menu naszych restauracji znaleźć
można nie tylko pojedyncze potrawy, ale i całe działy poświęcone owocom
morza.
Skoro kochamy zajadać się smakołykami – nieprzekonanych więc do
owoców
morza namawiamy, żeby spróbowali precz odrzucając uprzedzenia. Istnieje
szansa, że potem już nigdy nie przejdziesz obojętnie obok krewetki
królewskiej zalotnie spoglądającej na ciebie ze sklepowej półki swym ciemnym
okiem.