Taka obsada, taki pierwowzór i taka klapa. Film przewidywalny i banalny, choć poruszyć chciał sprawy najważniejsze.
„Bracia” są filmem dobrze zagranym, świetnie zrealizowanym i niezwykle poprawnym w przesłaniach. Niczym zamykająca seans piosenka U2 i wiele utworów z ostatnich płyt U2. Bylibyśmy wzruszeni i poruszeni, gdybyśmy nie słyszeli podobnych melodii w lepszym wykonaniu i gdybyśmy nie przewidywali od pierwszych taktów jak będzie wybrzmiewał finał.
„Bracia” są reklamowani jako trójkąt miłosny. Żona wojskowego zbliży się do jego brata, który wyszedł na przepustkę z więzienia, sądząc, że mąż zginął w Afganistanie. Plakaty nie zdradzają zbyt wiele, skoro podobny rozwój wypadków możemy przewidzieć od pierwszych minut filmu, gdy cała rodzina zbiera się, a potem kłóci, przy świątecznym stole. Nie jest też tajemnicą, że główny bohater nie zginie na wojnie, a zostanie uprowadzony przez talibów. Dramat rodzinny i perypetie z frontu pokazywane są równolegle. Amerykanie przerobili świetnie przyjęty film duńskiej autorki Susanne Bier na bardzo hollywoodzką modłę. Reżyser Jim Sheridan nie zapewnił poziomu „Mojej lewej stopy”.
„Braci” oglądałem z rosnącym bólem po bezpowrotnie straconym wieczorze. Nie pomogło uczestnictwo znakomitego aktorsko trójkąta. Natalie Portman nie udało się tchnąć życia w papierową postać żony, która teoretycznie powinna być centrum miłosnego dramatu, ale przypomina przesuwanego na planszy pionka. Jakie motywacje każą matce dwóch słodkich dzieci dzielić dom z coraz bardziej odizolowanym od rzeczywistości oficerem ? Jakiego ukojenia szuka w ramionach emocjonalnie pogubionego członka rodziny ? Tobey Maguire w roli męża dobrze wypada w scenach szaleństwa, wówczas widz może rzeczywiście być przerażony i spodziewać się najgorszego. Jake Gyllenhall jako brat wojskowego przekonuje jedynie jako rodzinne enfant-terrible. Sceny z ojcem, który jest dumny z jednego syna, a wstydzi się drugiego, są jednak banalne.

edmund dantes09.07.2010 20:59
Amerykańscy magicy od ruchomych obrazów z Hollywood kolejny raz postanowili nie zaprzątać głowy swoim scenarzystom i zamiast zachęcić ich do stworzenia oryginalnej historii miłosnej z wojną w tle, postanowili po prostu skopiować znakomity duński film „Bracia” z 2004r. Podobnie jak w oryginale, mamy tu młode małżeństwo z dwójką dzici. On wyjeżdża na wojnę do Afganistanu, potem ginie w zestrzelonym śmigłowcu. Żoną i dziećmi zaopiekuje się brat głównego bohatera, czarna owca rodziny, który właśnie wyszedł z więzienia. Jednak jak można było się spodziewać, nasz żołnierz naturalnie nie poległ, lecz uwolniony z rąk talibów, z bagażem straszliwych doświadczeń niewoli, wraca do domu i zaczyna dostrzegć, że między jego bratem i żoną nawiązała się pewna więź… Do filmu zaangażowano największe amerykańskie gwiazdy młodego pokolenia (Natalie Portman, Jake Gyllenhaal i Tobey „Spiderman” Maguire), jednak reżyser Jim Sheridan (m.in. „W imię Ojca”, „Moja lewa stopa”) nie poradził sobie z tematem. Widać, że męczy się z tematem, który został mu z góry narzucony, że to tylko rzemieślnicza, odtwórcza robota, bez odrobiny świeżości i inwencji reżysera. Człowiek, który jest specjalistą od kina społecznego, zaangażowanego politycznie, nie powinien brać się za reżyserowanie filmu – kopii, który nie pozwala twórcy rozwinąc skrzydeł i pokazać pełni swojego talenu. Te ograniczenia sprawiły, że Jim Sheridan poniósł tym razem porażkę. Również aktorzy (zwłaszcza Maguire) robią wszystko, by film zainteresował widza, ale i te wysiłki są skazane na niepowodzenie. Jeszcze raz przekonujemy się o tym, że odrzewane filmowe koltety są niestrawne. Polecam oryginał (Brodre) w reżyserii Susanne Bier. e