Nowy Robin Hood otworzy festiwal filmowy w Cannes. W nocy z czwartku na piątek będzie zaś można Russella Crowe’a jako Robin Hooda po raz pierwszy obejrzeć we wrocławskich multipleksach. Od piątku zadomowi się w nich na stałe.
Pierwszy od kilkunastu lat duży film o legendarnym łuczniku z Sherwood to wielka próba dla Ridleya Scotta i jego ulubionego aktora. Duet, który sięgnął po oscarowy triumf za sprawą „Gladiatora” musi zmierzyć się tym razem z przyzwyczajeniami fanów brytyjskich seriali, dla których nadużyciem była nawet wersja z Kevinem Costnerem, stonowana i pełna ciepłego romantyzmu, fantastycznych scen płaszcza i szpady oraz odpowiedniego humoru.
Wygląda na to, że każde kolejne pokolenie kinomanów będzie miało swojego Robin Hooda. Jaki będzie ten A.D. 2010 ?
Z pewnością głośniejszy niż ostatni niezauważony film wyprodukowany w Anglii ledwie cztery lata temu. Producenci, którzy postanowili ponownie zmierzyć się z legendą podkreślają, że zastanawiała ich niepokazywana dotąd strona historycznego tła – zadawali sobie pytanie w jaki sposób przeciętny łucznik z armii Króla Ryszarda stał się legendą znaną dzisiaj jako Robin Hood.
Jak mówi Brian Grazer: „Staramy się wytłumaczyć, kim tak naprawdę są Szeryf z Nottingham, Lady Marion i jej teść. Pokazujemy dynamikę społeczną północnej części Anglii, rolę baronów oraz sposób, w jaki Anglia była kontrolowana w tamtym czasie. Tak naprawdę koniec naszego filmu to początek tych wszystkich produkcji, które znaliśmy do tej pory”.
Russell Crowe zgodził się na występ bez chwili wahania: “Byłem bardzo entuzjastycznie nastawiony do tego projektu. Właściwie od czasów dzieciństwa Robin Hood zawsze był gdzieś w mojej głowie. Byłem fanem wielu filmowych wcieleń tego bohatera, które oglądałem dorastając jako chłopak. Są w tej postaci pewne cechy, które sprawiają, że przeciętny człowiek chce się z nim identyfikować”.
Crowe ma z kim konkurować. Robin Hooda grali Douglas Fairbanks („Robin Hood”, 1922), Errol Flynn („The Adventures of Robin Hood”, 1938), Sean Connery („Robin and Marian”, 1976) Patrick Troughton „Robin Hood” (1953) i „Robin of Sherwood” (1984). Oprócz Robin Hooda ważni są także bohaterowie drugiego planu.
Wersja z Connerym przeszła do historii jako występ Audrey Hepburn w roli Lady Marion, Kevin Costner jako „Książę złodziei” musiał konkurować z fenomenalnym Alanem Rickmanem w roli szeryfa z Nottingham.
U boku Crowe’a Lady Marion gra Cate Blanchett, szeryfem jest Matthew Macfadyen.
Radio RAM nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy. Radio RAM zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z netykietą.
k@mci@26.05.2010 21:26
super film !!!!! dzisiaj na min byłam haha a robin to najlepiej zagrał haha ............
edmund dantes09.07.2010 20:58
Piąty wspólny film Ridleya Scotta i Rusella Crowe’a, oczekiwany z wielkimi nadziejami Robin Hood potwierdził tylko pojawiające się od pewnego czasu opinie, że ta dwójka, a zwłaszcza angielski reżyser od dziesięciu lat stacza się po równi pochyłej. Od czasu genialnego „Gladiatora” wspomniana para nie stworzyła żadnego wartościowego filmu. Nie oczekiwaliśmy więc od „Robin Hooda”, że wzniesie się na poziom arcydzieła o generale Maximusie, lecz mieliśmy nadzieję na porządnie zrealizowany film historyczno-przygodowy. Nadzieje te okazały się płonne, bowiem kolejna ekranizacja przygód banity z Sherwood to kompletny niewypał. Postaci są papierowe, aktorzy nie wiedzą co mają grać, a reżyser nie panuje nawet nad scenami batalistycznymi (o co byśmy szanownego Ridleya nigdy nie podejrzewali). To, co było największym osiągnięciem warsztatu reżyserskiego Scotta – oszałamiające sceny walki, w „Robin Hoodzie” nie są wcale lepsze niż te, które zaprezentował nam poczciwy Kevin Reynolds w swojej wersji przygód Robina z 1991r., gdzie ironiczny Alan Rickman machał mieczem niczym cepem, usiłując skrócić o głowę Kevina Costnera. Również sceny liryczne wyglądają tak, jakby były kręcone przez nieśmiałego debiutanta. W „Gladiatorze” sceny pomiędzy Crowe’m a Connie Nielsen aż kipiały od erotycznego napięcia, bólu i niespełnionych nadziei. Sceny pomiędzy Crowe’m a Kate Blanchett ogląda się mniej wiecej z takim samym zainteresowaniem, jak 30 lat temu niesławny „Monitor Rządowy”. Więcej pasji i pożądania można zaobserwować oglądając archiwalne przemówienia tow. Wiesława. W filmie nie ma nawet wyraźnie zarysowanej postaci czarnego charakteru – nie wiadomo czy jest nim król Jan, rycerz Godfrey, Ryszard Lwie Serce, francuska armia czy ktoś zupełnie inny. Temat aż się prosił o łotra w typie Alana Rickmana ze wspomnianego filmu z 1991r. albo o postać nieszczęsnego okrutnika tak znakomicie zagranego przez Joaquina Phoenixa w filmie Scotta o Rzymianach. Zamiast tego mamy całą galerię łobuzów, z których jeden jest bardziej podły od drugiego, ale żaden nie zapada widzowi w pamięć na dłużej niż dwie sekundy. To wszystko sprawia, że wszyscy, którzy spodziewali się powtórki z „Gladiatora” albo chociaż z „Królestwa Niebieskiego”, będą srodze zawiedzeni, bo „Robin Hood” A.D. 2010 jest zwyczajnie nudny.
k@mci@26.05.2010 21:26
super film !!!!! dzisiaj na min byłam haha a robin to najlepiej zagrał haha ............