OBCE NIEBO ****

Jan Pelczar | Utworzono: 14.10.2015, 09:22
A|A|A

kadry z filmu "Obce niebo"

To było dla mnie jedno z największych zaskoczeń tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni. Nie sam film, który może być nawet najlepszym z dotychczasowych dokonań Dariusza Gajewskiego, ale to, co usłyszałem podczas konferencji prasowej po festiwalowym pokazie. Co mnie zdziwiło? Zdradzę na koniec. 

Najważniejsze, że „Obce niebo" to uniwersalny dramat społeczny o rodzinie, która walczy o przetrwanie. Rodzice pogubili się na emigracji. Romans męża, kłótnie z żoną, alkohol, agresywne zachowanie. Klapsy i krzyki. 

Dramat, który mógł rozejść się po kościach lub zmienić w traumę zostaje przerwany, być może nie w porę, na pewno bezdusznie. Interweniuje instytucja, odbiera dziecko rodzicom. Podstęp i procedury. 

Scenariusz oparto na faktach, sprawa dotyczy polskiej rodziny w Szwecji. Agnieszka Grochowska za rolę matki odebrała w Gdyni nagrodę dla najlepszej aktorki. Męża gra Bartłomiej Topa, a na ogromne uznanie zasługuje Barbara Kubiak jako filmowa córka. Ciekawe, który jej talent zwycięży – do aktorstwa, czy do języków. 

Polskiemu tercetowi partnerują wybitni szwedzcy aktorzy, kamerę wzięła do ręki (co w filmach Gajewskiego jest nowością) Monika Lenczewska – jesteśmy blisko bohaterów, ale możemy też zachować dystans. Większość scen, w co trudno uwierzyć, nakręcono w Polsce – scenograf Joanna Macha stworzyła Szwecję jak z obrazka. Muzyka Marcina Maseckiego oraz Candelarii Saenz Valiente towarzyszy, nie podbija emocji, nie wskazuje interpretacji. Dramat nie jest czarno-biały, wszystko tonie w szarościach. 

Matka za często podnosi głos na córkę, zdaje się, że polskie normy szorstkiego wychowania zostają obnażone przez skandynawski nacisk na dobro dziecka. W Polsce ryby i dzieci głosu nie mają, w Szwecji zdaje się być odwrotnie, to dorośli tracą prawo do obrony. Schemat, z którego trudno się wyrwać, biurokracja oceniająca emocje – sterylne i bezdotykowe podejście może być dla dziecka jeszcze gorsze. „Obce niebo" pokazuje te różnice i delikatność dramatu. Dla obu stron priorytetem jest dobro dziecka, ale przeciąganie szali musi skończyć się krzywdą.  

Można tu też zobaczyć, co obecnie cenne, że i Polacy mogą być postrzegani jako imigranci, których trudno dopasować do własnych wyobrażeń. Nasi rodacy zachowują się momentami tak, jak wedle naszych patriotów zachowywać się będą przyjęci do Polski uchodźcy – nie integrują się, nie uczą języka, interesują się jedynie swoją kulturą i swoimi sympatiami, zaszczepiają te zwyczaje córce.

„Obce niebo" jest pełne szarości, ale jego twórcy mówili o nim w Gdyni czarno-biało. Padały słowa o pluszowym totalitaryzmie i pogubionych Szwedach, którym film ma wskazać, jak bardzo pobłądzili w swej drodze do raju pod przymusem. Zabrakło słów refleksji o tym, co polskie rodziny zamiatają pod dywan. A przecież w filmie tendencyjnego obrazu nie ma. Po „Obcym niebie" można rozmawiać o piekle z ładnych mebelków i urzędniczego uśmiechu.  Warto i trzeba, bo historia, na której oparto fabułę, nie należy do odosobnionych, co sugeruje złagodzony względem oryginału epizod Jana Englerta w roli polskiego mecenasa ze Szwecji. Ale można też podyskutować o polskiej przemocy domowej – dosłownej i symbolicznej. To, co dla nas tradycją i zwyczajem, gdzie indziej może być poniżej standardów. 

REKLAMA

To może Cię zainteresować