Kryzys na rynkach finansowych zapewne wpłynie także na branżę internetową. Ale czy powinniśmy się bać takiego krachu, jaki zatrząsł nią osiem lat temu?
Właśnie splajtował sklep internetowy Hoopla.pl - pisze dziś prasa biznesowa. A Krzysztof Urbanowicz - jeden z najbardziej cenionych polskich blogerów zajmujących się nowymi mediami - cierpko komentuje:
"Rok temu, Deloitte przyznał Hoopla.pl laur Wschodzącej Gwiazdy - najbardziej dynamicznej spółki z branży nowych technologii w Europie Środkowej. Miał być debiut na giełdzie, szampan i confetti. Nic z tego nie będzie".
Dalej Urbanowicz jest jeszcze bardziej dosadny:
"... upadek pierwszej gwiazdy może oznaczać koniec hossy i początek kłopotów całej branży. Za wcześnie, by wyciągać taki wniosek, choć w kontekście kryzysu finansowego w USA pesymiści pewno już wkrótce odtrąbią nadejście nowej bańki internetowej".
Kto czytuje Urbanowicza ten wie, że jest to urodzony optymista. Od kilku lat konsekwentnie zachęca swoich czytelników, by uwierzyli, że przyszłość należy do internetu. Tym większe wrażenie robi jego pesymistyczna prognoza.
W kolejnym wpisie Urbanowicz przytacza opinię internauty o nicku Suriv, który upatruje przyczyn plajty serwisu Hoopla.pl w słabej jakości jego usług:
"Sklep padł poniewaz firma olewała klientow. Infrastruktura sklepu była w opłakanym stanie, łącze internetowe, którego używali do VOIP było cały czas zapychane. Zamiast działać jak jedna wielka hurtownia korzystali z modelu - klient zamawia towar, a oni (hoopla) potem dzwonili do swoich dostawców z pytaniem czy maja ten produkt, i zamawiają dopiero i ten dostawca wysyła do klienta. Nie mieli swojego magazynu. Obsługa reklamacji to masakra. Po prostu kiepski sklep".
Skoro tak, to może wcale nie jest tak źle? Wszak jedna upadłość nie oznacza globalnego kryzysu.
Posłuchaj rozmowy Blogoskopu Radia Wrocław na ten temat (dyskutują Tomasz Sikora i Łukasz Medeksza):
A jednak jest o czym myśleć. Bo jeśli kuleje cała gospodarka, to np. duże koncerny medialne mogą zacząć myśleć o kolejnych oszczędnościach. Te zaś mogą odbić się na działach internetowych, które wciąż w wielu redakcjach traktowane są jako dodatek do głównej działalności (i to często dodatek dość uciążliwy).
Ale i sama branża internetowa może zacząć oszczędzać. Dość powiedzieć, że nie ma internetu bez prądu. Jak podaje Wikipedia, sam Google płaci za prąd w swoich serwerowniach 2 mln dolarów miesięcznie. Jeśli więc rosną ceny prądu (a tak jest przecież w Polsce), to rosną też koszty dużych przedsięwzięć internetowych.
Są i tacy pesymiści, którzy już w zeszłym roku wieszczyli pęknięcie "bańki 2.0". A więc krach na rynku serwisów społecznościowych, które zawładnęły wyobraźnią milionów internautów na całym świecie w ciągu ostatnich paru lat.
Na szczęście, jak dotąd takiego krachu nie ma. I oby go nie było.