Twórcy "Winnych": "nasz film rozgrywa się w wyobraźni każdego widza". 

Jan Pelczar | Utworzono: 08.11.2018, 16:24 | Zmodyfikowano: 08.11.2018, 16:24
A|A|A

"Winni" to pełen napięcia thriller, którego bohater nie opuszcza dyspozytorni numeru alarmowego. Jest jednym tegorocznych międzynarodowych hitów. Zdobył nagrody od publiczności na Sundance i w Rotterdamie, Był jednym z objawień Nowych Horyzontów. Dziś to duński kandydat do Oscara. Rozmawialiśmy ze Szwedami, którzy stoją za tym sukcesem. 

POSŁUCHAJ ROZMOWY Z GUSTAVEM MOLLEREM:

POSŁUCHAJ ROZMOWY Z JACOBEM CEDERGRENEM:

PRZECZYTAJ ROZMOWĘ Z GUSTAVEM MOLLEREM:

Jan Pelczar: Co było pierwsze: pomysł na thriller, którego akcja rozgrywa się w policyjnej dyspozytorni, czy chęć opowiedzenia o takiej konkretnej postaci, a okazało się, że najlepiej zrobić to w taki właśnie sposób, nie opuszczając jednego pomieszczenia?

Gustav Moller: Pomysł przyszedł z rzeczywistego zdarzenia. Inspiracją był telefon na numer alarmowy, do którego doszło naprawdę. Znalazłem nagranie tej rozmowy na You Tubie. I tak jak w scenariuszu naszego filmu to był telefon od porwanej kobiety. Rozmawia, siedząc obok porywacza, dlatego przez telefon musi mówić do policyjnego dyspozytora kodem, żeby nie zostać zdemaskowaną. I rzeczywiście bardzo podobne nagranie znalazłem na You Tubie. Trwało 20 minut. Napięcie, jakie jest w nim zawarte całkowicie mnie pochłonęło. Duże wrażenie zrobiło na mnie także to, że wydawało mi się, iż widzę obrazy, a przecież słuchałem jedynie nagranego dźwięku. I to stało się dla nas punktem wyjściowym do zrealizowania filmu. Chcieliśmy, żeby nasza akcja rozegrała się w unikatowy sposób dla każdego widza. Film miał odegrać się w wyobraźni każdej osoby na widowni. Z takim założeniem wychodziliśmy ze współscenarzystą Emilem Nygaardem Albertsenem. Zrobiliśmy dokumentację. Odwiedzaliśmy dyspozytornie numerów alarmowych w Danii. Przedtem nie mieliśmy nawet pojęcia, że telefony odbierają oficerowie policji, więc odpowiedzią na pytanie jest to, że nie mieliśmy na początku pomysłu na postać głównego bohatera. Znaleźliśmy go na zewnątrz, w prawdziwym świecie. Zaczęliśmy od pomysłu i od koncepcji. Potem, poprzez dokumentację i poszukiwania znaleźliśmy historię i bohatera, zaczęliśmy pracować i zaprosiliśmy Jacoba Cedergrena, odtwórcę głównej roli do współpracy przy pogłębianiu postaci Asgera. 

Dla niego praca dyspozytora jest rodzajem kary. Woli pracować na ulicy. Jak jest zazwyczaj z policjantami, którzy obsługują numer alarmowy?

Część z nich zgłasza się do takiej służby na ochotnika. Inni nie pracują jako dyspozytorzy z własnej woli. Zdecydowana większość nie obsługuje telefonu alarmowego za karę, czy wskutek degradacji. Ale, przynajmniej tak jest w Danii, trudno obsadzić wszystkie dyspozytornie policjantami, ponieważ, tak jak nasz filmowy bohater, wielu z nich woli pracować na ulicy. Wykonywać to, co potocznie nazywa się prawdziwą policyjną pracą. Więc jest w sytuacji naszego bohatera sporo prawdy, ale w rzeczywistości znajdziemy w dyspozytorniach także wielu policjantów, którzy chcą tam pracować, to dla nich dobra praca. Są tacy, którzy służą od 40 lat i chcą tam trafić przed emeryturą, ale są też zdecydowanie tacy ludzie jak Asgar. To znaczy nie dokładnie tacy, jak jego przypadek, ale tacy, którzy wolą pracować na ulicach. 

Ulic, właściwie niczego, poza dyspozytornią, nie pokazujesz w filmie. Na ekranie widzimy tylko policjantów odbierających telefony i rozmawiających ze sobą, a mimo to widz ma wrażenie, że śledzi całą akcję. Zmieniają się też sympatie widowni, zacierają granicę pomiędzy dobrym i złym bohaterem. Jak udało się osiągnąć taki efekt? 

Sporo widzów po filmie ma wrażenie, że akcja nie rozgrywała się tylko w jednym pomieszczeniu. Są przekonani, że widzieli kobietę i samochód, w którym ją uprowadzono. Że widzieli wszystko, o czym opowiadamy. A historia bierze w podróż po całej Danii, w różne miejsca, do różnych ludzi. 

Byłem nawet świadkiem kłótni, czy porwana kobieta była blondynką, czy brunetką. 

I to dotyka tego, o czym jest nasz film. Ty i ja jesteśmy różnymi ludźmi. I kiedy usłyszymy ten sam głos, każdy z nas powiąże z tym brzmieniem inny obraz. Ma to wiele wspólnego z tym, kim jesteśmy i skąd pochodzimy, jakie jest nasze społeczne tło. I zdecydowanie o to nam chodziło w grze, którą proponujemy widzom. Chodzi nam o to, żeby stworzyli swoje własne obrazy. Bez spojlerowania mogę powiedzieć jeszcze, że w naszej grze chodzi o pokazanie, jak łatwo wydajemy sądy i jak szybko wytwarzamy i reprodukujemy obraz danej sytuacji, który nie musi być zgodny z rzeczywistością. Nie chcę zdradzać nic więcej. A jak udało się to osiągnąć? Trzeba starać się być tak precyzyjnym w scenariuszu i aktorstwie, jak to tylko możliwe. Kiedy masz tylko jedną osobę, która rozmawia przez telefon, to musi być super ekscytujące i wszystko musi być zrobione bardzo dobrze, bo inaczej to nie zadziała. Dzięki ograniczeniom każdy na planie pracuje ciężej i myśli nieszablonowo, ludzie stają się bardzo kreatywni. Wkładają w swoją pracę dodatkowy wysiłek.

Mimo, że ograniczacie się do dyspozytorni, to i tak opowiadacie nie tylko dialogiem, ale i obrazami. Jako widz czułem się przykuty do fotela i przyklejony do ekranu, chociaż nigdzie nawet nie wyszedłem. 

Wyszedłeś i na tym to wszystko polega, byłeś w rozmaitych miejscach. To było najważniejsze przy pracy nad wizualną stroną filmu, by nie zdradzać tego zabiegu, ale pozwolić widzowi tak zbliżyć się z bohaterem, by poprzez dźwięk i wyobraźnię przeniósł się w różne miejsca. I dzięki temu nie byłeś znudzony, bo w tak wielu miejscach się znalazłeś. Zależało nam także na tym, by obraz ewoluował w czasie trwania filmu, by styl nie stawał się statyczny, by płynnie zmieniał się wraz z akcją, stąd zmiany światła, które wprowadza także bohater, zmieniając pokoje. Zaczynamy w otwartym, jasnym świecie, pod koniec znajdujemy się w ciemnościach. Ale najważniejsza zasada była taka, żeby trzymać się prostoty i pozwolić widzowi na towarzyszenie bohaterowi. 

Jak nagrywaliście rozmowy? Dźwięk był dodany później? 

Cały film nakręciliśmy w porządku chronologicznym. Od ujęć 5-minutowych do trwających 35 minut. Jacob siedział w wybudowanej przez nas dyspozytorni numeru alarmowego i naprawdę odbierał telefony lub naprawdę dzwonił, łącząc się z innymi aktorami, którzy użyczali głosu. Oni siedzieli nieco dalej, oddzielał ich jedynie korytarz. Byli ze mną i z monitorami z podglądem. Wszystkie rozmowy telefoniczne były nagrywane na żywo, dogrywaliśmy do nich i domontowywaliśmy jedynie efekty dźwiękowe – kroki, pościgi samochodowe, deszcz. 

PRZECZYTAJ ROZMOWĘ Z JACOBEM CEDERGRENEM:


Jan Pelczar: Co przekonało cię do przyjęcia roli Asgara? 

Jacob Cedergren: Spodobał mi się cały pomysł, postać, Gustav. Nigdy nie czytałem czegoś takiego. Pomyślałem, że to najlepszy scenariusz i projekt, z jakim zetknąłem się od bardzo długiego czasu, więc nie zastanawiałem się długo. 

Czy również odwiedziłeś policyjne dyspozytornie?

Miałem to szczęście, że od Emila i Gustava dostałem w prezencie owoc ich rocznej pracy, całą dokumentację. Potem sam mogłem się wybrać na poszukiwania. Ale to był urok tego projektu, skala przygotowań. Trzeba mieć jaja, żeby zabrać się do takiej historii na całego. 

Mawia się, jak słyszeliśmy od Gustava, że ta prawdziwa policyjna praca jest wykonywana na ulicach, ale „Winni” pokazują też, że i w dyspozytorniach taka prawdziwa policyjna praca nie jest nikomu obca. 

Nie, absolutnie. Tam pracują super profesjonaliści. Aktor może być tylko pod wrażeniem, jak zawsze, gdy idzie na spotkanie z prawdziwym światem. Ich praca jest szalona, trudna. Wymaga wiele profesjonalizmu. Bywa hardkorowo. Czasami zabierasz pracę do domu, czasem nie. Ale to się zdarza, szczególnie, gdy na dyżurze trafiają ci się przypadki związane z dziećmi. Na szczęście, teraz jest coraz bardziej akceptowalne to, że człowiek może być wstrząśnięty i dotknięty psychicznie przez swoje doświadczenia. Ulepszane są sposoby radzenia sobie z traumą, przepracowania jej.

Co było najtrudniejsze dla ciebie w pracy na planie? Brak kontaktu z żywym partnerem?

Ależ miałem kontakt z ludźmi z krwi i kości, bo wszystko było realizowane w wiarygodny sposób. Tak jak wspomniał Gustav, aktorzy byli w pokoju obok, dzwonili w czasie rzeczywistym. To działo się tak, jak może wydarzać się w rzeczywistości. I to ułatwiało moją pracę. W innych filmach zdarzało mi się odgrywać rozmowy telefoniczne, gdy po drugiej stronie słuchawki nie było nikogo. Z jakiegoś powodu to jedno z najtrudniejszych wyzwań. To po prostu bardzo trudne. Ten film byłby niemożliwy do zrealizowania, gdybyśmy nie nagrywali rozmów na żywo. Potrzebny byłby mistrz nie wiem jakiego poziomu. Może Sir Laurence Olivier by podołał. Ale to byłaby dziwna decyzja, gdyby realizować ten film inaczej, biorąc pod uwagę, jaką technologią dziś dysponujemy. Dzięki temu mogłem robić tylko to, co chcesz robić jako aktor – reagowałem i grałem. Aktorzy, z którymi się łączyłem byli wspaniali. Cała ekipa była niesamowita. Dla wszystkich to była debiutancka fabuła, na planie mieliśmy fantastyczną energię. 

„Winni” nie operują czernią i bielą, pokazują świat w jego szarościach. Bohaterowie nie dzielą się na dobrych i złych, zmieniamy zdanie na ich temat. Co sądzisz o swojej postaci? Lubiłeś Asgara?

Czy go lubiłem? Tak, oczywiście. Musisz lubić swoją postać. Ale to prawda, to co przyciąga do dobrej roli każdego dnia, to fakt, że nie ma czerni i bieli, są szarości. Dużo o tym rozmawialiśmy, pracowaliśmy nad postacią. Ważne były dla nas dobre intencje tego faceta. Nie ma wątpliwości, że ma swoje problemy. Intencje ma dobre, ale psuje to, co robi. Każdy z nas coś psuje. Myślę, że to ważny wątek filmu, który również mnie przyciągnął do tego projektu. Także w czasie dokumentacji spotykałem ludzi ze zdiagnozowanymi zespołami stresowymi, co jest dość typowe w tej pracy. To daje interesującą perspektywę. To również ważna historia do opowiedzenia. By pokazać takie trudne sytuacje. Gdy coś jest czarno-białe, jest nudne. Nie powinno takie być, bo to zbyt łatwe. Cieszę się, gdy słyszę, że widzowie mają wątpliwości co do mojego bohatera. Tak powinno być. 

REKLAMA

To może Cię zainteresować