7 uczuć *****

Jan Pelczar | Utworzono: 10.10.2018, 20:39 | Zmodyfikowano: 10.10.2018, 20:39
A|A|A

zdj. mat.prasowe

Upodobanie Polaków do dobrego wychowania zderza się już z hasłem na plakacie „7 uczuć”: wszyscy jesteśmy źle wychowani. Przykłady płyną zewsząd. Nie jest to przypadek doszukiwania się ich wszędzie, pod wpływem dzieła sztuki. Kiedy szedłem na polską premierę filmu, podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, nie wiedziałem o czym Koterski będzie opowiadał w najnowszym filmie o Adamie Miauczyńskim. Jedyny zwiastun, jaki widziałem wcześniej, oparty był na pojedynczej scenie – gagu przy rodzinnym stole. I tak, w drodze do kina, trafiłem do kiosku przy Świętojańskiej. Sprzedawczyni i klientka utyskiwały nad „poziomem rozwydrzenia” młodzieży. Przyczyn katastrofalnego stanu, który budził ich przerażenie, upatrywały w „bezstresowym wychowaniu”. Spieszyłem się na premierę, nie wtrąciłem się do rozmowy, ale po drodze wymyślałem kolejne argumenty, których powinienem użyć: że bezstresowe wychowanie to pojęcie-wydmuszka, a gdyby nawet istniało, to czy rzeczywiście lepsze jest wychowanie stresowe, oparte na karach i nagrodach? Niesprawiedliwe, rodzące niezadowolonych, smutnych, niespełnionych, łatwo wpadających w gniew i niecierpliwych? 

 „7 uczuć” jest odpowiedzią na te wątpliwości. Spełnioną w bardzo udanej realizacji odważnego i trudnego pomysłu – by dzieci zagrali dorośli aktorzy. Efekt jest koncertowy: szczęka z gabloty w sali od biologii opada, gdy się widzi, że żadna mapa z geografii nie odnotuje, jakie są morza i oceany talentu aktorów z obsady „7 uczuć”. Rację miał Marek Kondrat mówiąc, na planie „Dnia świra” bodajże, Michałowi Koterskiemu: „scenariusze twojego ojca są jak partytury.” W części, w której dorośli grają dzieci nie mogło być fałszywej nuty i jej nie ma. To działa na wielu poziomach , u podstawy na aktorskim i psychologicznym, ale prace doktorskie można będzie napisać o rozmaitych sprawach, które spotkały się w takiej formie odwzorowywania dzieciństwa. Przez ludzi z tak wieloma bagażami, powiązaniami, tak rozmaicie przez widzów kojarzonych. Samo wymienianie zachwytów może zająć drugie tyle, co sam seans. Ja ograniczę się do:
bezbłędnej w roli wzorowej uczennicy Gabrieli Muskały;
efektu, jaki robi samo pojawienie się Andrzeja Chyry, który jako jedyny uczeń w klasie zdaje się być pewny siebie, a Koterski podbija grę z widzem nieprzypadkową profesją ojca fikcyjnej postaci; 
czule osadzającego nas w poetyce filmu duetu Michał Koterski jako bobas na kolanach mamy Mai Ostaszewskiej.

Tylko takimi sposobami i tylko z tak genialną obsadą, tak umiejętnie poprowadzoną, można było dowieść swoich racji równie przekonująco. Tym gorzej, że reżyser postanowił dobitnie podkreślić swoje przesłanie, rodzajem monologu-epilogu, by nie było wątpliwości, jaki jest morał, jakie przesłanie, jaki manifest.

Ciekawe, jak zostanie on odczytany, czy coś zmieni? Na Festiwalu w Gdyni „7 uczuć” było jednym z dwóch filmów wyróżnionych Nagrodą Specjalną Jury. W uzasadnieniu lauru dla Koterskiego napisano: „za wykreowanie autorskiej wizji świata”. I rozumiemy, że jurorzy docenili koncertową grę całej obsady. Ale za „autorską wizję świata” można było docenić również drugi film z Nagrodą Specjalną – „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, uhonorowany na piśmie za podjęcie ważnego społecznie tematu. I takie uzasadnienie pasowałoby również do „7 uczuć”. Brak umiejętności wychowawczych, połączony z przeświadczeniem o ich posiadaniu, nieświadomość popełniania błędów w relacjach dorosłych z dziećmi, to jeden z poważniejszych i powszechniejszych problemów społecznych. Koterski dotyka go bezpośrednio i wszechstronnie. Pokazuje przykłady, nazywa, studiuje przyczyny i skutki. Już po powrocie z Gdyni, na antenie radia, usłyszałem rozmowę o zwracaniu się do rodziców formami trzeciej osoby. Uznano ten sposób za przejaw starannego wychowania, formę szacunku. Pośrednio znaleziono powód: domniemane problemy wychowawcze ze współczesną młodzieżą to efekt zaniku sformułowań w rodzaju: czy mógłby tato podać sól. Uzasadnienie? Dziecko nie uczy się różnicy, mówi do rodziców na „ty”, jak do innych. 

Wszystkim zwolennikom „starannego wychowania”, a tym bardziej przeciwnikom „wychowania bezstresowego” polecam „7 uczuć” z nadzieją na choćby najmniejsze katharsis, w drodze do zrozumienia głębokiej potrzeby traktowania dzieci jako partnerów. Wszystkim pozostałym obiecuję sporo śmiechu i wzruszeń na filmie, który dotyka najbardziej uniwersalnych prawd i stara się o nich opowiedzieć w sposób zaskakujący i poszukujący. By pożyczyć zdanie od najpiękniejszego tekstu o sztuce z ostatnich dni, czyli laudacji profesora Marka Zaleskiego, przewodniczącego jury tegorocznej Nagrody Literackiej Nike, wręczonej za „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy: „Umiejętność czynienia z tego, co prywatne, rzeczy zbiorowej posiada wielka literatura”. Za sprawą takich filmów jak „7 uczuć” posiada ją także kino. 

 POSŁUCHAJ,  CO MÓWILI W GDYNI TWÓRCY FILMU "7 UCZUĆ":

Reżyser Marek Koterski o tym, że to kolejne filmy mają pomysł na niego.

Według autora "7 uczuć" ostateczny kształt filmu to zasługa aktorów.

W roli Adama Miauczyńskiego po raz pierwszy Michał Koterski.

Andrzej Chyra mówił, że granie dziecka to dla aktorów niecodzienne zadanie.

Robert Więckiewicz wspominał, że na planie Marek Koterski udzielał krókich, ale precyzyjnych uwag.

Gabriela Muskała dodała, że pomocny był list od reżysera, z życiorysami filmowych postaci. 

Koleżanki z klasy zagrały Małgorzata Bogdańska i Katarzyna Figura, które w czasach szkolnych również siedziały w jednej ławce.

 

 

REKLAMA
To może Cię zainteresować