Instytut Filmów Dźwiękoszczelnych - Płacz nad rozlaną oranżadą [RECENZJA]

Bartosz Synowiec | Utworzono: 02.02.2017, 10:48
A|A|A

Do stworzenia muzycznego tła dla tego dzieła Wojciech Buliński, Rafał Łuc, Grzegorz Piasecki i Andrzej Strzemżalski zaprosili członków grupy Mikromusic: Natalię Grosiak, Dawida Korbaczyńskiego i Adama Lepkę.

Stworzony w ten sposób septet rozpoczął koncert od ciepłego przywitania się i przedstawienia składu. Kiedy na ekranie umieszczonym za muzykami wystartował film, do publiczności zaczęły docierać pierwsze dźwięki wydobywane spod klawiszy Andrzeja Strzemżalskiego. Dźwięki mroczne i niepokojące. Taki klimat utrzymywał się niemal przez cały występ. Trochę nie współgrało to z radosnymi scenami, od których zaczyna się obraz Aleksandra Hertza, ale muzycy często w wywiadach podkreślają, że improwizacja nie jest dostosowana do kolejnych scen, a tworzy większą całość.

Ta całość to kilka połączonych motywów, które za każdym razem rozpoczynały się bardzo spokojnie i nastrojowo, powoli narastały, aż dochodziły do efektownych punktów kulminacyjnych. Wielką rolę w tym pełniła perkusja. Wojciech Buliński udowodnił środowego wieczoru, że jest perkusistą wysokiej klasy. Znakomicie operował dynamiką i nadawał tempo poszczególnym frazom. Drugą wybijającą się postacią był Andrzej Strzemżalski, odpowiedzialny za instrumenty klawiszowe i elektroniczne efekty. Często wychodził do przodu nadając melodię, od której zaczynało się budowanie kolejnych elementów. Największe wrażenie robił, kiedy sporadycznie dołączał się wokalnie do tego, co ze swoim głosem na scenie wyczyniała Natalia Grosiak. Przetwarzała go elektronicznie na rozmaite sposoby i często szukała elementów, które naprowadziłyby na nowy pomysł resztę składu. Głos Natalii towarzyszył słuchaczom niemal bez przerwy, być może dlatego też udział Andrzeja i urozmaicenie gamy brzmień męskim głosem rzucało się od razu w uszy.



Każdy z muzyków przynajmniej raz wysuwał się na czoło całej improwizacji. Akordeon Rafała Łuca nagle zostawał zaatakowany przez kontrabas Grzegorza Piaseckiego, ten po chwili rozpływał się w rozciągłych dźwiękach trąbki Adama Lepki, a już po minucie to wszystko kształtował i uzupełniał riff gitarowy Dawida Korbaczyńskiego. Warto podkreślić, że improwizacja muzyczna to także umiejętność wyłączenia się z gry w odpowiednim momencie. Panowie realizowali to bardzo dobrze i tak samo wyczuwali moment ponownego włączenia się do gry. Adam Lepka poza trąbką dołączał też raz po raz do sekcji rytmicznej za pomocą rozmaitych perkusjonaliów.

Warto było zostać do samego końca, bo najważniejszy i najlepszy moment całego występu przypadł na Akt V "Ludzi bez jutra", kiedy to mamy do czynienia z tragicznym zakończeniem smutnej historii rotmistrza Alfreda Runicza. Ostatnie minuty filmu to coraz gwałtowniejsze narastanie wszystkich dźwięków. Tu po raz kolejny znakomitą partię zagrał Wojciech Buliński, który wzmógł wśród publiczności poczucie tego, że za chwilę na ekranie stanie się coś strasznego. I kiedy już wreszcie zaczęło się to dziać, nagle rytm odgrywany przez kilkadziesiąt ostatnich sekund został złamany poprzez werbel perkusyjny, który zaczął wydawać z siebie przyprawiające o ciarki na plecach dźwięki przypominające wystrzały z pistoletu.

Całe wydarzenie nie było jednak dla niektórych osób łatwe w odbiorze, co potwierdzały zasłyszane przeze mnie rozmowy przy szatni po zakończeniu koncertu. Idąc na występ Instytutu Filmów Dźwiękoszczelnych trzeba być świadomym, że improwizacja ma to do siebie, że nie zawsze jest perfekcyjna oraz że film sprzed prawie stu lat nie będzie charakteryzował się wartką akcją wypełnioną pościgami samochodowymi i strzelaninami. Dobrych momentów było w środowy wieczór sporo, bardzo dobry jeden. Swoją rolę odegrał też klimat, oświetlenie i akustyka Sali Czerwonej NFM. Te trzy elementy zasługują na najwyższą notę.

REKLAMA