Wszystkie emocje radiowca

Anna Fluder | Utworzono: 12.12.2007, 11:26 | Zmodyfikowano: 10.02.2009, 15:54
A|A|A

Piotr Bartyś (Fot. Tomasz Hołod / Polska - Gazeta Wrocławska)

Witaj Piotrze. A jak Ty się witasz ze swoimi słuchaczami?

- To pytanie zupełnie mnie zaskoczyło. Szczerze mówiąc nie pamiętam. Najpierw jest pogoda, potem jingiel zapowiadający mój program, ale kiedy i jak się witam? Nie zwracam na to uwagi.

Po takiej ilości gadania trzeba się czegoś napić. Czy masz już kubek ze swoją podobizną?

- Że niby jestem zakochany w sobie z wzajemnością? (Śmiech) Radiowy kubek przypomina mi o tym, że chyba jestem fajnym człowiekiem. Staram się nie utrudniać ludziom życia swoimi humorami i niesocjalnymi zachowaniami i tego samego oczekuję od innych. Na tym kubku jest też przypomnienie, że są ludzie, którzy mnie nie lubią, właściwie nie wiadomo, z jakiego powodu. Nie chciałbym zdradzać, co na nim dokładnie jest. To taka... tajemnica zawodowa. (Śmiech)

Codziennie słucha Cię mnóstwo ludzi. Podobno miałeś tremę, kiedy musiałeś coś powiedzieć podczas ostatniego koncertu RAM w Teatrze Polskim. Ale to nie było Twoje pierwsze publiczne wystąpienie - uczyłeś przecież języka polskiego w jednym z wrocławskich liceów.

- To była słynna wrocławska czternastka. W tym czasie pracowali tam wybitni poloniści, m.in. Maria Bursztyn. Znalazłem się w świetnym towarzystwie. Ta praca dała mi mnóstwo satysfakcji, najfajniejszy moment był wtedy, gdy po którymś tam moim monologu, młodzież zaczęła mi bić brawo. Zrozumiałem wtedy, że jestem akceptowany przez grupę jako człowiek. Ale moją oswojoną przestrzenią jest radio: studio i mrok.

Jak do niego trafiłeś?

- Miałem dwa podejścia, pierwsze bardzo nieudane (śmiech). Przyszedłem do radia z polecenia znajomego i powiedziałem, że ja tutaj bardzo bym chciał opowiadać o muzyce. Byłem świeżo po studiach polonistycznych. Usłyszałem, że mogę być reporterem. Dla kogoś, kto dopiero wrócił z podróży po Pakistanie i Indiach i kompletnie nie miał pojęcia, co się w Polsce dzieje, to była abstrakcja. Wysłano mnie na konferencję jakiejś partii. Kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi, ale pomyślałem sobie, że najwyżej będę robił to, co inni dziennikarze (śmiech), czyli... zacznę notować, bo nie dostałem żadnego magnetofonu. Stwierdziłem, że to nie dla mnie i moja przygoda z radiem została na kilka lat zawieszona.

Jakie było drugie podejście?

- Po kilku latach wygrałem konkurs na prezentera muzycznego. Najpierw prowadziłem popołudniówki w Rozgłośni Regionalnej Polskiego Radia Wrocław. Przez pierwszych kilkanaście programów wyglądało to tak, że wszystko czytałem z kartki, łącznie z "dzień dobry, nazywam się Piotr Bartyś". Dziś to dla mnie niewyobrażalne. Oswoiłem się ze sobą w studiu radiowym dzięki Pawłowi Kostrzewie, który później pracował m.in. w Trójce. Zabrał mnie na nocne tzw. programy kontaktowe z udziałem słuchaczy. Tam zacząłem normalnie rozmawiać z ludźmi na antenie.

Pamiętasz ten moment, kiedy zechciałeś być radiowcem?

- Wydaje mi się, że zawsze chciałem. Kiedy miałem 10-11 lat, słuchałem w nocy Trójki. Byli tam Piotr Kaczkowski, Marek Niedźwiecki, Tomasz Beksiński. Potrafili pięknie opowiadać o dźwiękach. Myślę, że trzeba się tym pasjonować od dziecka. Notujesz, który wykonawca występuje na jakiej płycie, śledzisz listy przebojów i nagle okazuje się, że ta pasja może zamienić się w Twoje życie zawodowe.

Mówiąc do słuchacza, pokazujesz własne emocje. A oni dzwonią do Ciebie, z niektórymi się nawet zaprzyjaźniłeś.

- W tym niewielkim pokoju z wytłumionymi ścianami są wszystkie emocje radiowca. Ktoś, kto tego nie rozumie, nie nadaje się do tego zawodu. Jeśli po drugiej stronie odbiorników są ludzie, dla których to, co mówię, jest ważne, taka relacja jest dość naturalna. Bywa też tak, że tych dobrych emocji może już nie starczyć dla bliskich.

Chyba nie w Twoim przypadku. Od dziesięciu lat jesteś szczęśliwym mężem. Jak się poznaliście?

- W radiu oczywiście. Nie pamiętam już, kto kogo pierwszy zaczepił. Najpierw byliśmy "koleżeństwem", dopiero potem parą.

Dwoje radiowców w domu. Jak to działa?

- Moja mama była ekonomistką, a tata lekarzem, ale pracowali w tym samym zakładzie pracy, więc często opowiadali sobie o tym, co im się zdarzyło. Mnie też odpowiada to, że żyjemy z Anią (Anna Geryn - dziennikarka PRW) na podobnym podwórku. Dzięki temu lepiej rozumiemy swoje problemy. Moja żona ma poranne programy, wraca do domu o 11.00, ja kładę się spać około 2.00, a budzę się około 10.00, więc większość dnia spędzamy razem.

Kto częściej gotuje?

- Ja jestem specjalistą od sałatek i wszelkiego rodzaju dressingów. Ania świetnie przyrządza ryby i fenomenalną zapiekaną cukinię. Bardzo lubię kulinarne poszukiwania, np. nietypowe zestawienia przypraw.

Oprócz gotowania i muzyki, masz jeszcze jedną pasję - tenis.

- Bawię się w tenisa od 10. roku życia. Bardzo lubię ten sport, bo jest fair. Przeciwnicy ufają sobie bardziej niż sędziom. Często pytają siebie nawzajem, czy piłka była na out-cie. Inna rzecz, która mi się podoba to taka, że mecz tenisowy kończy się wraz z ostatnia piłką, jest to prawda absolutna. Poza tym nawet pod koniec gry wszystko może się zdarzyć.

Mówisz, że wydaje Ci się, że już wiesz, o co chodzi i w radiu, i w tenisie, a potem znów nachodzą Cię wątpliwości. Wciąż je masz?

- Tak. Czasem się potwornie wkurzam, kiedy mam przyjść na program, a żadna muzyka, którą przesłuchałem przed, mi nie odpowiada. Są też takie programy, które trzeba przetrwać, bo boli ząb, albo wstaliśmy lewą nogą. My, radiowcy, powinniśmy mieć dla innych wręcz nadmiar życzliwości. Z drugiej strony myślę, że jeśli ktoś kiedyś podziękuje mi za pracę w radiu i trafię do pośredniaka, urzędniczka spyta, co pan potrafi robić, to odrzeknę, że potrafię słuchać muzyki i mówić, która jest dobra, a która zła. Pani zapewne odpowie, że jest to umiejętność żadna.

Może zająłbyś się wtedy pisaniem. Twoje teksty do niedawna można było przeczytać na portalu dostępnym wyłącznie dla radiowców.

- Rzeczywiście, ale z braku czasu musiałem z tych felietonów zrezygnować. Chyba całkiem nieźle piszę, tyle że zanim tekst spełni moje oczekiwania, mijają nawet trzy godziny.

Ostatnio dużo czasu zajmuje Ci promowanie wrocławskich artystów. Czujesz się mecenasem wrocławskiej sceny?

- Ostatnio przyszedł do mnie jeden z muzyków i powiedział, że zrobiłem dla promocji jego zespołu więcej niż ich wydawca. Te zespoły są po prostu dobre, weźmy elektroniczną orkiestrę Digit-All-Love, popowo-jazzowy Mikromusic czy bawiący się głosem Me, Myself And I. I nie mówię tego dlatego, że to muzyka z Wrocławia. Boję się, że kiedyś przyniosą mi nowy materiał, a ja posłucham i powiem, że mi się nie podoba. Mam nadzieję, że tak nigdy nie będzie.

W RAM-ie można usłyszeć chillout, soul czy funky. Skąd taki pomysł?

- Od kilku lat chciałem zrobić stację lokalną z taką muzyką. Najpierw te klimaty gościły tylko w moim autorskim programie. Szczególnie jestem zadowolony z ostatniego roku, który obfitował w cztery wyprzedane koncerty, patronaty kilkudziesięciu imprezom i dobrze sprzedające się płyty. "RAM Cafe" sprzedało się w dziesięciu tysiącach egzemplarzy. I ma być dodruk. Jesteśmy świeżo po wydaniu "RAM Cafe 2". Mam już pomysły na krążki z bossa novą i muzyką francuską.

Jak się wybiera spośród kilku tysięcy utworów będących w radiowej rotacji akurat te, które znajdą się na płycie?

- Po pierwsze, powinny dobrze brzmieć. Dobieram je też według tempa. Po drugie, są to piosenki, które najzwyczajniej w świecie lubię. Więc niech nikt się nie dziwi, że obok flirtującego z trip hopem Johna Martyna, na płycie śpiewa wrocławska soulowa Mariija.

Żonę też masz radiową, a skąd wzięli się Twoi przyjaciele?

- Większość poznałem na studiach. To paczka przyjaciół. W tej chwili prawie czterdzieści osób z rodzinami. Prócz tego trochę muzycznych znajomych np. kompozytor i producent Robert Amirian. Problem polega na tym, że mam wolne tylko dwa wieczory w tygodniu, pozostałe zajmuje mi radio. Innym moim kolegą jest człowiek, który wymyślił "Świat wg Kiepskich" - Janusz Sadza.

Co robisz, kiedy masz już wolną chwilę i nie słuchasz muzyki, nie grasz w tenisa ani nie spotykasz się z przyjaciółmi?

- Oglądam filmy. To moja trzecia pasja. Namiętnie kupuję DVD i doprowadziłem do tego, że jedna szuflada zarwała się pod ciężarem płyt. Lubię mieć oryginały.

Jaki film poleciłbyś na sobotni wieczór?

- "Notting Hill" widziałem chyba dwieście razy, kultowym obrazem u nas w domu jest "Asterix i Obelix: Misja Kleopatra" - często rozmawiamy ze sobą dialogami z tego filmu. Poza tym "Dawno temu na Dzikim Zachodzie" i "Dawno temu w Ameryce".

A zdarza Ci się, że uronisz łzę?

- Na "Misji" i "Cinema Paradiso" zawsze możesz na mnie liczyć.

Tagi:
REKLAMA

To może Cię zainteresować