Jazz nad Odrą - mistrz i uczniowie

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 17.04.2015, 17:39 | Zmodyfikowano: 17.04.2015, 17:39
A|A|A

Dave Liebman Group; fot. materiały prasowe

Po godz. 19 na scenie wrocławskiego Impartu pojawił się projekt The Bad Plus. To muzycy (kontrabasista Reid Anderson, perkusista Dave King oraz pianista Ethan Iverson), którzy na swoim koncie mają 11 płyt studyjnych, a przede wszystkim wiele własnych wersji standardów, zarówno rockowych (Nirvana, Pink Floyd, Black Sabbath), jak i muzyki klasycznej („Święto wiosny” Strawińskiego). Jest to o tyle istotne, że do Wrocławia zawitali z autorską wersją klasycznej już płyty Ornette'a Colemana „Science Fiction”. Trio powiększone o dodatkowych, wyśmienitych instrumentalistów (saksofonistów Tima Berne'a i Sama Newsome'a oraz grającego na kornecie Rona Milesa) przez 90 minut prezentowało swoją wizję repertuaru z albumu Colemana, wydanego w 1971 r.

Zgiełk instrumentów dętych uzupełniły loopy, przestery, sample recytacji w wykonaniu Davida Hendersona oraz...fortepian, którego na oryginalnej płycie próżno szukać. Ale przede wszystkim imponowało zgranie oraz umiejętności poszczególnych muzyków. Największe brawa należą się zdecydowanie korneciście Ronowi Milesowi (znanemu chociażby ze współpracy z Billem Frisselem) oraz perkusiście Dave'owi Kingowi, w którego grze, obok oczywistej jazzowej pulsacji można było usłyszeć bardzo wyraźny rockowy, czy wręcz momentami punkowy nerw. Akurat to przypadkiem nie jest, bo King udziela się w wielu muzycznych projektach, m.in. w alternatywnym The Gang Font.

Po krótkim bisie i kilkuminutowej przerwie, na scenie pojawił się Dave Liebman i jego Expansions. Liebman, czyli legenda nowojorskiej sceny jazzowej, która wielkie granie rozpoczynała na początku lat 70. jako uczeń Elvina Jonesa, a zaraz potem samego Milesa Davisa. Artysta ten dziś sam stał się mistrzem wielu młodych adeptów jazzu i taki też jest zamysł grupy Expansions.

W swoim otoczeniu Dave Liebman ma młodych, piekielnie uzdolnionych muzyków (Matt Vashilishan – flet i saksofon, Bobby Avey – fortepian, Alex Ritz – perkusja), którym w trakcie koncertu bacznie się przygląda, rozmawia, instruuje. Żarliwość – to chyba najlepsze słowo, jakie określa tę muzykę. Blisko 70-letni jazzman, mimo widocznych problemów z poruszaniem się, na scenie jest istnym wulkanem energii, a szybkość z jaką wydobywa dźwięki ze swojego saksofonu jest porażająca. Zresztą wirtuozeria wszystkich muzyków podczas tych niespełna 80 minut była najwyższej próby. Grupa zaprezentowała repertuar z ostatniej płyty („Samsara”, „Rhythm Thing”), ale było też miejsce na klasykę, zarówno Theloniousa Monka („Ugly Beauty”) oraz brawurowo zaaranżowaną przez Libmana, wersję utworu „India”, nagranego przez Johna Coltrane'a z Erikiem Dolphym. O tym, jaki był to koncert, niech świadczy fakt, że perkusista Alex Ritz w trakcie improwizacji osiągnął takie tempo, że najzwyczajniej w świecie na moment zgubił swoją pałeczkę!

Pot lał się strumieniami, grane unisono partie saksofonu Liebmana i perfekcyjnego tego wieczoru Matta Vashilishan były ozdobą. Publiczność wynagrodziła muzyków owacją na stojąco, jak najbardziej zasłużoną.

A dzisiaj kolejne gwiazdy - Lee Konitz Trio oraz David Sanborn.

 

REKLAMA

To może Cię zainteresować