Lou Rhodes „Bloom”

Radio RAM | Utworzono: 07.12.2007, 09:19 | Zmodyfikowano: 06.03.2008, 22:46
A|A|A

Fani nieistniejącego już duetu Lamb czekali zapewne na ten album z wielką niecierpliwością. Formacja, która pozostawiła po sobie kilka ciekawych płyt, w pewnych kręgach uważanych wręcz za kultowe (choć ja nie nadużywałbym w tym przypadku tego słowa), od kilku już lat nie pozostawia żądnych złudzeń: nowego materiału nie będzie. Co najwyżej wyszperamy jakieś rarytasy z naszych przepastnych szuflad i podsuniemy Wam jako relikwię do czczenia - zdają się mówić Lou Rhodes i Andrew Barlow.

Zanim jednak o perełkach wygrzebanych z archiwów Lamb (tak, tak - pojawią się takie!), kilka słów należy się wydanej niedawno płycie Lou Rhodes. Oto bowiem piękniejsza połowa duetu nie próżnuje. Rok temu wydała pierwszy solowy album, kolejny - „Bloom” - właśnie trafił do sklepów, choć w Polsce możecie mieć problem z jego nabyciem.

„Bloom” to dziesięć kompozycji w większości stworzonych wyłącznie przez artystkę. Zaledwie przy trzech wspomogli ją Emre Ramazanoglu, który całość także ostatecznie zmiksował i wyprodukował (zasiadł również przy instrumentach perkusyjnych) oraz Stephen Junior, grający też na gitarze akustycznej i pojawiający się w chórkach.

W odróżnieniu od dokonań Lamb, próżno szukać tu elektroniki. Dominuje gitara akustyczna (na pierwszym planie we wszystkich utworach), tajemniczości dodają skrzypce, jest perkusja, gitara basowa, bandżo, a minorowy nastrój podkreśla wiolonczela. Świetnie - pomyślałem. Nie będzie popłuczyn po dokonaniach duetu, nie będzie odcinania kuponów.

Jest też charakterystyczny, klimatyczny, niezwykły, niepowtarzalny, wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, charyzmatyczny głos Lou Rhodes! Głos, który sprawiał, że przy niektórych nagraniach Lamb ciarki chodziły po plecach. Wielka sprawa!

Tyle że to wszystko posklejane w całość nie sprawia wielkiego wrażenia - a szkoda.

Zaczyna się dobrze. Otwierające „The Rain” rozpoczyna się od subtelnie brzmiącej gitary, natychmiast kojarzymy te dźwięki z kroplami padającego deszczu, jednak już chwilę później ostro brzmiąca perkusja i pozostałe instrumenty burzą te delikatność - jest dynamicznie, zaskakująco. I znów myślę: pysznie, Lou Rhodes wyraźnie ucieka od legendy zespołu!

Potem jednak robi się coraz nudniej, a euforia szybko opada. Już od drugiego nagrania tempo spada, zaś kompozycje snują się jedna za drugą. Przebudzić próbuje nas „They Say”, ale to już niemalże koniec płyty, do którego wielu może nie dotrwać. O ile drugie „Greatness In a Speck of Dust” i kolejne “Icarus”, czy “Never Loved a Man (Like You)” potrafią przyciągnąć uwagę niuansami aranżacyjnymi, to już przy piątym „All We Are” artystce wyraźnie zaczyna brakować pomysłów, a kolejne utwory stają się podobne do siebie jak dwie krople wody, sprawiając, że mamy wrażenie iż te historie - jak wspomniałem - snują się, zlewają ze sobą.

Oczywiście, nie mam za złe artystce, że nagrała płytę spokojną - uwielbiam „smętne” opowieści. Tyle że niezwykle trudno jest stworzyć taki album, żeby nie zanudził. Gdyby Lou Rhodes utrzymała poziom pierwszej części płyty do końca - zapewne pełen byłbym teraz ciepłych słów. A tak, po szóstym już przesłuchaniu, wciąż jestem pusty...

Czy faktycznie mam rację i powody do narzekań? Przekonajmy się wspólnie. Po krążek „Bloom” sięgnę już w najbliższy poniedziałek, 10 grudnia, między godz. 18.00 a 20.00.

A co z duetem?

Swój oficjalny, ostatni koncert, zagrali w 2004 r. w amsterdamskim klubie "Paradiso" i właśnie ten koncert ma ukazać się na początku przyszłego roku na DVD. Oby tym razem było zdecydowanie lepiej!

REKLAMA