„Płynące wieżowce” (Recenzja)

Jan Pelczar | Utworzono: 20.11.2013, 09:04
A|A|A

W Polsce film skazany jest jednak na odczytanie publicystyczne. Do kin trafia półtora tygodnia po tym, jak w Warszawie spalono tęczę na Placu Zbawiciela, a jeden z posłów na Sejm cieszył się, że spłonął „pedalski symbol”.

Mam świadomość wad drugiego filmu Tomasza Wasilewskiego, szczególnie scenariuszowych, z tytułową metaforą na czele, ale dostrzegam też wiele zalet. Szczególnie zdjęcia Jakuba Kijowskiego sprawiają, że to obraz lepszy od „W sypialni”, czyli debiutu reżysera. Przede wszystkim można i trzeba mu kibicować w trosce o zmianę polskiej świadomości. Nie dokona jej jedna premiera, ale taka praca u podstaw, nawet jeśli w dużej mierze syzyfowa, powinna z czasem przynieść owoce. Wyobraźcie sobie, że dla wielu polskich widzów to będzie pierwszy film, w którym zobaczą całującą się i kochającą ze sobą homoseksualną parę. W kraju, w którym przy okazji premiery „Tajemnicy Brokeback Mountain” słyszałem od młodych ludzi, pracujących w światłych podobno redakcjach, że nie życzą sobie, by ich dziecko musiało patrzeć na ulicach na plakaty z obejmującymi się mężczyznami.

Niereformowalnych nie przekona żaden wzorzec, Europa Zachodnia to przecież cywilizacja śmierci. Nic dziwnego, że tam miłosnych dramatów osób jednej płci nie ogląda się już wedle sensacyjnego klucza, nie analizuje jako filmów o problematyce LGBT. Przykładem nagrodzone Złotą Palmą „Życie Adeli”. W Polsce jest inaczej, czemu sprzyjają rozmiłowane w rozpętywaniu burzy media. Właściwie to nie burze – to tornada, szaleją, niszczą, ale w środku jest cicho i pusto. Oko cyklonu widzę, nie po raz pierwszy, na okładce tygodnika „Wprost”. Nagłowek „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce” nie do końca przystaje do umieszczonych wewnątrz numeru rozmów z aktorami filmu Wasilewskiego. Marta Nieradkiewicz mówi, że nie zgodziłaby się na rolę dziewczyny chłopaka zakochującego się w swoim koledze, gdyby była homofobką. Mateusz Banasiuk dziwi się, że ich rówieśnicy rezygnowali ze zdjęć próbnych, gdy poznawali tematykę filmu. Odtwórca głównej roli jest wdzięczny za szansę. Stworzył kreację młodego mężczyzny trenującego pływanie, który odkrywa w sobie miłość homoseksualną, a jednocześnie nie potrafi dojrzeć, uporządkować swojego związku heteroseksualnego i toksycznych relacji z matką. Partnera utrzymywanego w tajemnicy romansu gra lepszy z filmu na film i ze spektaklu na spektakl Bartosz Gelner. W rolach polskich matek, przerażonych koniecznością zaakceptowania zmian i odmienności, wystąpiły Katarzyna Herman i Izabela Kuna.

Fabularnie „Płynące wieżowce” przypominają niemiecki film „Siła przyciągania”, który miał polską premierę we wrześniu. Przez kina przemknął bez rozgłosu. Wasilewski osadził swoją historię w wiarygodnych polskich realiach, a to u nas wystarczy, by uznano, że włożył kij w mrowisko. Marną tarczą ochronną są nagrody z Nowego Jorku, Chorwacji i Karlowych Warów. Wciąż tli się u nas dyskusja po pięknym filmie „Ida” o tragicznych, bardzo odmiennych, ale niejednoznacznych losach dwóch spokrewnionych ze sobą kobiet. Mogło się to wydawać niewiarygodne, ale zwolennicy filmu Pawła Pawlikowskiego bronili w niej tytułowej bohaterki, z której zrobiono ukrytą agentkę antysemickiego katolicyzmu. Ciekawe, jakie gromy spadną na Wasilewskiego, reżysera z jedynego chyba kraju na świecie, gdzie pedofilii są winne dzieci, tęcza to symbol szatana, a Dorota Segda i Krzysztof Globisz powinni się wstydzić za występy u awangardowego reżysera. Byłem na „Do Damaszku” Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie dzień przed „słynnym” protestem. Wróciłem do Wrocławia zawiedziony, ale tylko dlatego, że spektakl nie spełnił wszystkich moich oczekiwań.

Nie dałbym wiary, że na tym przedstawieniu, tradycyjnym jak na reżysera „Sprawy Dantona”, nawet garstka rozgorączkowanych widzów zakrzyknie „Hańba”. Skoro tak się jednak stało, to nie można wykluczyć protestów przed kinami, wyświetlającymi „Płynące wieżowce”. Jedna z mniej światłych redakcji już biła na alarm, że przeszkadza jej sam plakat. Niech protestują, zadziała to jak darmowa reklama. Od poprzedniego czwartku bilety na spektakle Jana Klaty w całej Polsce są towarem poszukiwanym. Publiczność, która go nie zna, chce się przekonać, o co chodzi w protestach nagłośnionych przez media. I każdy będzie mógł wyciągnąć własne wnioski, co jest hańbą, a co nieporozumieniem? Podobnie będzie z „Płynącymi wieżowcami”. W gazetach przeczytacie niejedno, a potem pójdziecie do kina i okaże się, że to ładnie opowiedziana historia miłosna, z boleśnie wiarygodnymi konsekwencjami.

REKLAMA

To może Cię zainteresować