„W chmurach” to dla mnie największe nieporozumienie tegorocznych oscarowych nominacji. Z ulgą przyjąłem porażkę podczas gali.
Nie podzielam zachwytu polskiej krytyki filmem Jasona Reitmana. Zraziły mnie szczególnie sceny spotkań rodzinnych, gdy bohater przewartościowuje swoje życie, „W chmurach” ląduje dużo bliżej niż chociażby „Bezdroża”, czy niedawny remake z Robertem De Niro, zatytułowany „Wszyscy mają się dobrze”.
Gdy zobaczyłem łzawy film, sprzedawany jako pierwszą hollywoodzką produkcję o kryzysie, byłem przekonany, że gdy dotrze do Polski zostanie zjedzony w złośliwych recenzjach. Za banalne dialogi, przewidywalny rozwój zdarzeń, nachalne przesłania wygłaszane w finałowej częśći.
Zobacz zwiastun filmu:
Pochwalić można oczywiście George’a Clooneya, szczególnie za partie, które nagrał jako narrator, chociaż narracja to w takim filmie pójście na łatwiznę. „W chmurach” ma duży potencjał – opowieść o specjaliście od zwalniania pracowników, obserwacja korporacyjnego tchórzostwa, rujnowania ludzkich losów w białych rękawiczkach zaczyna się obiecująco.
George Clooney pasuje do roli współczesnego samotnika. Jego domem są lotniska i hotele, namiastkę szczęścia czerpie z wyznaczników statusu społecznego i finansowego.
Romantyczna przygoda z kobietą startuje od dzielenia się sekretami kart stałego klienta, analizowania przelatanych mil i pułapek zastawianych przez firmy wynajmujące samochody. Poza historią miłosną jest w filmie Jasona Reitmana element komedii korporacyjnej. Młoda współpracownica głównego bohatera ma zrewolucjonizować biznes zwalniania ludzi. Zamiast kosztownych podróży wystarczy łącze internetowe. Emocjonalne decyzje będą wypowiadane z prawdziwym dystansem, na odległość, słowa fałszywego pokrzepiania mają być wypowiadane ze szklanego ekranu.
Świat firm i korporacji ceni takie pomysły, nie zwracając uwagi na konsekwencje. Najczęściej przekonują się o nich sami pomysłodawcy, ale dopiero wtedy gdy jest już za późno. Bohater Clooneya staje się więc miłosnym wyzwaniem dla dojrzałej kobiety i mentorem dla dziewczyny wchodzącej w zawodową dorosłość. Zaskoczeń nie będzie – wystarczy uważnie słuchać, gdy bohaterka Very Farmigi powie kochankowi: „jestem dokładnie taka jak ty, ale z waginą”. Wystarczające będzie także spojrzenie na emocjonalnie rozchwianą bohaterkę Anny Kendrick, chociażby podczas podróży samolotem. Obie kobiece postaci są do pewnego stopnia antypatyczne, ale czy wywołanie emocjonalnych reakcji u widza wystarczy do oscarowej nominacji?
Bardziej bulwersowały mnie laury dla Jasona Reitmana.
Twórca „Juno” dostał nominacje za reżyserię i scenariusz-adaptację. Być może książka była dużo gorsza, jak przed laty w wypadku „Forresta Gumpa”, ale sam fakt, że „W chmurach” faworyzowano do Oscara za scenariusz długo wyprowadzał mnie z równowagi. Ostateczne, niespodziewane zwycięstwo „Precious” przyjąłem z ulgą.
Oscara bądź co bądź literackiego nie dostał film z dialogiem: „Kasa cię ogrzeje. Zapłaci za twoje ogrzewanie. Kupi ci koc. Ale nie da ci takiego ciepła, jakie daje mi trzymający w swych ramionach mąż”. Od ekranowego lukru z filmu „W chmurach” zasycha w gardle.